Home  O fotalu  Kontakt  Mapa portalu  RSS 

Realizować siebie wobec osoby portretowanej – wywiad z fotografem, Stanisławem Michalskim

Fotografia portretowa, 2006-11-10 14:47

Stanisław Michalski tworzy portery w studio i w plenerze, ma też na koncie cykle portretujące dość zamknięte środowiska – np. Romów. O tym, że trzeba umieć widzieć światło i o tym, czy lepszy jest portret “prawdziwy” czy “ładny” z fotografem rozmawia Mariusz Gross.


Stanisław Michalski
fotografuje od 1974 roku, jest znanym na Śląsku popularyzatorem tej sztuki. Indywidualnie wystawiał swoje prace kilkadziesiąt razy, w kraju i zagranicą, m. in. w Anglii, Francji, Niemczech, Belgii, Japonii, Hiszpanii, USA. Jest członkiem Związku Polskich Artystów Fotografików i przewodniczącym Klubu Artystycznej Fotografii w Katowicach. Od kilku lat zajmuje się nową „techniką szlachetną” i w doskonały sposób przenosi emulsję fotograficzną na drewno, skórę czy blachę. Stanisławowi Michalskiemu chyba nie wystarcza to, że fotografie poznaje się przede wszystkim jednym zmysłem – zmysłem wzroku. Oglądając jego prace człowiek ma nieodpartą chęć by je dotknąć, poczuć ich fakturę, poznać ich fizyczny ciężar, a może nawet zapach. I dlatego koniecznie trzeba je oglądać na żywo.

Panie Stanisławie, porozmawiajmy o fotografii portretowej. Portret jest chyba dominujący w pańskiej twórczości.
Kiedyś się nad tym zastanawiałem. Na pewno portret, ale pejzaż też jest dla mnie bardzo ważny. Umiem łączyć te dwie rzeczy i to mi się na razie udaje.

Kiedy się patrzy na pana prace to od razu widać, że forma prezentacji jest dla pana niebywale istotna.
To już jest u mnie zakorzenione od lat, że fotografia musi mieć formę zamkniętą, to musi być coś do końca spełnione. Nie można tak kartką zamachać komuś przed oczami i powiedzieć, że to jest to.

Ale wszyscy tak przecież robimy. Fotografia to karta papieru…
I jest to forma niedokończona, bo oprawa też ma duże znaczenie. Właściwie nawet nie musi to być opraw, a raczej sposób podania. To też określa, na ile twórca się zrealizował, czy dzieła dokonał w pełni czy to jest półprodukt.

Na pana fotografiach ludzie, niezależnie od tego kim są, wyglądają na równi interesująco. Zaciekawienie wzbudza zarówno człowiek z ulicy, jak i znany aktor. Jak wyglądają u pana przygotowania do pracy z tak różnymi osobami?
Ludzie znani bardzo często są bardziej zestresowani niż ludzie z ulicy. Oni z pewną naiwnością podchodzą do tego, bo myślą – o, to jest człowiek który na pewno coś ciekawego zrobi. Osoba znana i często fotografowana podchodzi do kolejnego zdjęcia z obawą i nie liczy, że dostanie coś ciekawego. Ja przystępując do takich działań w studio zawsze taką osobę przygotowuję. Jest wstępna rozmowa, próbuję poznać tę osobę, czasem to długo trwa. Zdarza się, że w ogóle w tym dniu nie dochodzi do zdjęć, jeśli człowiek jest spięty i emocjonalnie nie jest przygotowany by ujawnić siebie na zdjęciach.
Bo ja staram się zawsze pokazać naturalne cechy ,jakie osoba posiada, tak by na zdjęciach była sobą. Fotograf powinien wiedzieć, że musi pokazać, kim ta osoba jest pod względem pobudliwości psychicznej. Czy to jest melancholik, sangwinik czy choleryk. Można pokazać kim jest z zawodu – że to jest np. aktor, a nie rajdowiec. Można też zrobić na odwrót, inaczej scharakteryzować, pokazać inną osobowość. Ale takie rzeczy uzgadnia się bezpośrednio z osobą, którą się fotografuje. Jeśli to ma być jednak portret właśnie tej osoby, to trzeba pokazać jej osobiste cechy charakteru. Nawet pod względem komercyjnym, jeżeli chce się być dobrym fotografem na rynku, to trzeba tak robić, by człowiek sfotografowany na zdjęciu widział siebie, a nie manekina wykreowanego w studiu przez fotografa.

Czy stara się pan nadążać za ogólnie panującymi trendami w portrecie?
Mnie nie interesują żadne trendy. Oczywiście możemy bardziej nowocześnie fotografować lub wzorować się na klasyce. Zależy, jaki charakter zdjęcia chcemy uzyskać, a fotograf powinien umieć się poruszać po całej tej gamie.

Nie będę pytał czy malarstwo stanowi dla pana inspirację, bo patrząc na pańskie fotografie jest to oczywiste. Zapytam jacy malarze są dla pana najważniejsi?
Rubens, Rembrandt, Leonardo. To dla mnie dobitne przykłady różnej formy widzenia światła i korzystania ze światła. Podobnie jest w fotografii. Trzeba umieć wykorzystywać narzędzia, nie tylko sam aparat. Bo jest jeszcze optyka, dawniej materiał światłoczuły, teraz matryca. Ona też ma swój charakter i trzeba wiedzieć jak ją wykorzystywać. Trzeba umieć światło widzieć i wiedzieć jak je wykorzystać.

Zadam panu pytanie, na które można pewnie mówić godzinami. Jak za pomocą światła buduje pan atmosferę wokół swoich portretów?
Trzeba znać technikę oświetlenia. Mamy światło kontrastowe, światło liniowe, mamy światło skierowane, miękkie, ekranowane czyli odbite. Technikę trzeba znać do perfekcji. To jest narzędzie, którego my używamy, i o którym my decydujemy. Nasz wzrok jest przyzwyczajony do jednego naturalnego źródła światła i do światła odbitego, rozproszonego. I o tym musimy pamiętać budując oświetlenie w studiu. By uzyskać wrażenie światła naturalnego. Ja zwracam bardzo uwagę na to, żeby trudno było odczytać, które z moich zdjęć było robione w studiu, a które w plenerze.

Pan fotografuje również w plenerze?
Tak, są tu zdjęcia robione w plenerze.

Ale z oświetleniem studyjnym?
Nie. Gogolewskiego sfotografowałem tutaj obok. Widziałem piękne światło, pomyślałem: po co mam się męczyć w studiu , kiedy mogę to światło wykorzystać. Zabrałem tylko ekrany odbijające i wyszukałem sobie miejsce zacienione by „wygubić” przestrzeń…

Jestem zaskoczony…
Lampy są po to, by nas wspomagać, by można było zrobić zdjęcia, gdy warunki naturalne na to nie pozwalają. Tak powstało atelier. A wielu fotografów zapomniało, że warto czasem wyjść na zewnątrz.

Ma pan znakomity cykl fotografii poświęconych portretowi środowiskowemu, mam na myśli Romów. Jak udało się panu dotrzeć do tak hermetycznej społeczności?
Och, to długa opowieść. Musiałem sobie wyrabiać w tym środowisku pozycję człowieka zaufanego. Samo wejście kogoś obcego do domu jest już dla nich niepokojące, to jest środowisko bardzo podejrzliwe wobec innych, a jeszcze fotografowanie… Musiałem ich uspokajać i tłumaczyć, że ja to robię w jakimś celu, ale na tym nie zarabiam. Oni nie mogli zrozumieć, że ja im te zdjęcia daję tak za darmo. Ja chciałem ich przyzwyczaić do siebie. To co oni chcieli – to robiłem i to dostawali. Zdjęcia dzieci docierały do rodziców, a ci przekonywali się, że mój zamiar nie jest dla nich szkodliwy. Najważniejsze było to, że oni dostawali wszystko co robię, niczego przed nimi nie ukrywałem. Powiedziałem im, że jeśli na tych zdjęciach pojawi się coś, czego nie chcieliby pokazywać na zewnątrz, to drzemy zdjęcie, a ja niszczę negatyw.

I rzeczywiście były takie sytuacje?
Nie. Podszedłem do tego rzetelnie i to, co im się podobało, dla mnie też było do zaakceptowania. Dwie duże wystawy były w Katowicach i w Sosnowcu. Na obie byli zaproszeni bohaterowie zdjęć. I to była najlepsza metoda, bo rekomendacja z ich strony dawała mi możliwość docierania do następnych rodzin. Dzięki temu potem fotografowałem w Szczecinie, Gdańsku, w Białymstoku. Obfotografowałem całą Polskę jeśli chodzi o to środowisko, bez żadnych problemów. Dochodziło do sytuacji, że pilnowali mojego sprzętu by nie wydarzyło się coś przykrego dla mnie.  Pomagali mi, wręcz byłem pod ich opieką.

A jakie były przyczyny powstania cyklu o Cyganach?
Tak trochę z przekory, bo pracując w latach osiemdziesiątych z Zofią Rydet nad dokumentowaniem pewnej ulicy powiedziano nam, że tam są Cyganie, uważajcie jeśli nie chcecie mieć problemów, unikajcie tego tematu. A ja doszedłem do wniosku, że to nieprawda. Dzieci bardzo chętnie chcą się fotografować, starsi może mniej, ale dzieci przede wszystkim. Z tego uzyskałem taki mały materiał i ciekaw byłem jak zareagują na to rodzice i rodzina. Dzieci pokazywały swoim rodzicom zdjęcia, w końcu i oni powiedzieli: a dlaczego i my nie mamy być sfotografowani. I tą drogą docierałem do tego środowiska. Trwało to cztery lata, byłem dla nich osobą znana i zaufaną, zapraszali mnie na różne uroczystości, gdzie byłem jedyną osobą z zewnątrz i to jeszcze z aparatem. Robiłem zdjęcia dla nich do celów pamiątkowych,a jednocześnie tworzyłem swoje realizacje, gdzie już sobie narzucałem, że muszę coś pokazać, czym to środowisko odróżnia się od nas, europejczyków.

No tak, w zasadzie to nie jest kultura europejska.
Romowie pochodzą z Indii, z północnej części. Znałem nieżyjącego już profesora Ficowskiego, który od strony naukowej zajmował się różnymi grupami etnicznymi, między innymi Cyganami. To pozwoliło mi też poznać i zrozumieć tę kulturę, która jest zupełnie inna od europejskiej.

Ma pan jeszcze jeden bardzo dobry cykl zdjęć, robiony przed laty, poświęcony młodym ludziom zamieszkałym w internacie. To również świetny portret środowiskowy.
A to zupełnie inna melodia. W cyklu „Internat” najważniejsza jest psychologia, socjologia i fizjologia. Te rzeczy są tam bardzo mocno podkreślone. To przede wszystkim młodzież dorastająca.

Ale to nie jest tak zwana trudna młodzież?
Nie, to zwykły internat przy szkole.

To bardzo mocne zdjęcia. W zasadzie komentarz wydaje się być zbędny.
Tak. Chciałbym by te zdjęcia same się broniły.

Ale coś w wywiadzie musi pan powiedzieć.
Niestety nie ma zdjęć z żeńskiego internatu, ale to chyba musiałbym się przeistoczyć w kobietę. Wtedy łatwiej byłoby mi tam dotrzeć. W każdym internacie takie problemy występują, kiedy się dorasta psychicznie i fizycznie. Wylegiwanie się, próżniackie życie… Różna osobowość tych ludzi, oni są z różnych terenów Polski i każdy coś ze sobą ciekawego lub nieciekawego przynosi. Rodzą się konflikty. Dorastają, dojrzewają.  Coś czują, coś się z nimi dzieje… Musiałem uważać by nie przekręcać, bo oni w sposób naiwny mogliby się poddać, po latach mogliby się wstydzić, byłoby to gorszące. Ale można to zrobić w sposób odpowiedni i wyważony. Nie pokazuję skrajności. Czasami coś widziałem, ale nie było możliwości by to sfotografować. Delikatnie starałem się skłonić ich do podobnego zachowania. Oni tam żyją w innym świecie…

Kiedy patrzę na te zdjęcia to wydaje mi się, że chyba łatwiej było wejść z aparatem do Cyganów niż zrealizować taki materiał…
Chyba tak… Musiałem tak fotografować, by nie stworzyć materiału obciążającego dla siebie. Rozmawiałem na ten temat też z psychologami, jak to robić by nie przekroczyć pewnej granicy. Internat jest dla mnie potworną odskocznią od tych działań, które robię na co dzień.

Czy portret powinien być bardziej ładny czy bardziej prawdziwy?
Zdecydowanie prawdziwy. Nie może być sztuczny, chyba że to jest konieczność, to czasem się tak robi…
Czyli my na co dzień poruszamy się w sensie kulturowym w zupełnie innej estetyce niż ta, o której tutaj mówimy. Kiedy wyjdziemy na ulicę to otaczają nas zewsząd portrety „ładne”. Estetyka Playboya, magazynów kobiecych, to jest portret „ładny”, to nie jest portret prawdziwy.
Każdy z nas przybiera różne maski. Ktoś chce się upodobnić do swego idola, ktoś nie chce się odróżniać, chce być taki jak wszyscy. W dużych miastach zatracamy swoją osobowość, zakładamy różne maski. Fotograf powinien umieć zdejmować te maski. Musi też znać granice, by osoby portretowanej nie obnażyć i zbytnio nie ingerować w osobowość, by nie pojawiły się kompleksy. Fotograf musi umieć zdejmować maski i musi wiedzieć którą maskę zdjąć, by uzyskać prawdziwą naturalność bez kompleksu.

Czyli portretując człowieka, czy to w studiu czy w plenerze, robiąc portret środowiskowy czy pracując sam na sam z osobą portretowaną, najważniejszy jest człowiek.
Tak. Ale trzeba pamiętać, że fotograf też ma swoje własne doznania emocjonalne. Musimy również siebie realizować w obrazie. Realizować siebie wobec osoby portretowanej.

To zdanie znakomicie zamyka naszą rozmowę, bardzo panu dziękuję.
Dziękuję.

Rozmawiał Mariusz Gross.

Anna Cymer

Skomentuj