„Odwróć się, bo chcę się ubrać”, czyli wywiad z Wacławem Wantuchem
Fotografia aktu, 2006-12-04 10:27
Na drzwiach pracowni Wacława Wantucha w Krakowie, na wizytówce przeczytamy: Wacław Wantuch – artysta plastyk. Na drzwiach pracowni Jana Saudka w Pradze, na wizytówce przeczytamy: Jan Saudek – fotograf czeski. Artystów dzieli dużo więcej niż tylko podpis pod nazwiskiem na wizytówce, mimo to Saudek to jeden z najbardziej cenionych fotografów przez bohatera tego wywiadu, który sam o sobie mówi, że fotografem nie jest. Przysłuchajcie się rozmowie z Wacławem Wantuchem – skromnym fotografem.
Mariusz Gross: Pamięta Pan swoją pierwszą „rozbieraną” sesję zdjęciową?
Wacław Wantuch: Tak. Pamiętam takie dwie swoje pierwsze sesje zdjęciowe. I pamiętam, że bardzo duże miały dla mnie znaczenie.
W jakim sensie?
Psychologicznym. Była kiedyś wymiana plenerowa między Liceami Plastycznymi i do nas przyjechała dziewczyna jako jedna z uczestniczek pleneru i tak jakoś się podziało, że człowiek w Liceum Plastycznym ma takie potrzeby ścigania się z rywalami. Któregoś dnia zaproponowałem jej sesję fotograficzną. Sesja skończyła się aktem, zrobiliśmy to w pokoju w internacie. I po tej sesji usłyszałem zdanie „odwróć się, bo chcę się ubrać”. Właśnie wtedy, kiedy skończyliśmy robić zdjęcia. I kiedy dużo później zacząłem już fotografować na poważnie akt, to ta sesja uświadomiła mi taką prostą rzecz, która ma związek z sesją kolejną, a będącą zaraz po tej pierwszej. Mianowicie poprosiłem koleżankę z tej samej klasy, z tego samego miasteczka z którego pochodzę, by mi pozowała i w swojej pracowni zrobiłem zdjęcia. Pamiętam moje „mękolenie” żeby zaproponować jej zdjęcia aktu. Obydwie dziewczyny były z „plastyka”, a tam jest jakby inne rozumienie nagości. Ta pierwsza sesja uświadomiła mi, że o wiele łatwiej fotografuje się kiedy nie ma kontekstu seksualnego, tylko jest tak jak u lekarza. Właśnie zdanie „odwróć się, bo chcę się ubrać”. To zdanie… ja go nigdy nie zrozumiem, ale próbuję sobie to jakoś tłumaczyć. I teraz przychodzą dziewczyny, widzimy się pierwszy raz i po dwudziestu minutach one stoją nago gotowe do robienia zdjęć. Moja druga sesja przypomina mi, że najgorzej zdjęcia aktu robi się z osobami, które się zna.
To prawda. Dystans musi być.
To jest jak fotografowanie „opakowania”. A jeżeli się kogoś zna, to człowiek traci dystans, traci świeże spojrzenie na tą osobę. Trudno jest portretować osobę, którą się zna, bo znamy jej grymasy, mimikę itd. A fotografia nie zawsze jest w stanie to oddać, nie zawsze może to pokazać. I często jest tak, że robimy zdjęcie i znając tę osobę mówimy potem: cholera, to nie ona. Kiedy robimy osobę która jest nam całkowicie obca jesteśmy w stanie – tak mi się wydaje – sfotografować ładniej jej „opakowanie”. Ładniej, to ja rozumiem w sensie takim, że uda nam się wygenerować obraz który będzie miał atrakcyjność dla nas, czyli kogoś całkowicie z zewnątrz. A z kolei ta osoba wybierze zupełnie inne zdjęcia, które jej się będą podobały, na których w jej rozumieniu będzie sobą. Dla mnie mówienie o fotografowaniu czyjegoś wnętrza jest nieporozumieniem. Wnętrze to robią aparaty rentgenowskie.
Wielu fotografów właśnie w ten sposób rozumie portret.
Ja nie znam zbyt wielu ludzi którzy zajmują się radiologią, a filozofowanie dla mnie na ten temat jest po prostu nieporozumieniem.
Czy Pana pierwsze akty miały już wtedy taki charakter, jak te które znamy z albumów, od początku jest pan wierny tej rzeźbiarskiej konwencji? Czy jeśli położyłby pan obok siebie swoje pierwsze zdjęcia i zdjęcia z ostatniego albumu to widać na nich przebytą drogę?
To niemożliwe, gdzieś te zdjęcia zapodziałem i nie wiem nawet co się stało z tamtymi negatywami.
Ale ma Pan te zdjęcia w pamięci. Bo kiedy fotografuje się człowieka ubranego, to się go fotografuje tak czy inaczej. Natomiast kiedy się rozbierze – to coś z tą nagością trzeba zrobić… I ciekaw jestem jak to, co robi Pan w tej chwili, ma się do tego, co robił Pan na początku.
To były na pewno inne fotografie. Przede wszystkim nie miały przed sobą doświadczenia kilkunastu lat rysunku, który jest obowiązkowy na Akademii Sztuk Pięknych i w Liceum Plastycznym. Różnica polegałaby na tym, że kiedy wybieram zdjęcia z sesji to nie zwracam uwagi na ich seksualność, erotyzm, a po prostu na kompozycję. Plam, łuków, światłocienia, ciężarów. I może właśnie to najbardziej odróżniałoby moje obecne prace od tych pierwszych.
Chyba na większości Pana zdjęć twarz modelki jest niewidoczna lub jest w głębokim cieniu. Jest ciało, ale nie ma twarzy, nie poznalibyśmy jej na ulicy. Na początku naszej rozmowy powiedział Pan, że fotografuje „opakowanie”. Na Pana zdjęciach nie widzimy oczu modelki. Mówi się, że oczy to zwierciadło duszy…
W pierwszym albumie nie pokazywałem aktów, które mają twarz. Uważałem i nadal uważam, że twarz w akcie przeszkadza.
Przeszkadza? Na pewno nadaje zupełnie inny wymiar.
Oczy niepotrzebnie konfrontują się z oczami oglądanymi na akcie, z twarzą oglądaną na akcie. Następuje mechanizm wyszukiwania, czy ja tej osoby czasem nie znam, czy może jest do kogoś podobna. Kiedy twarzy nie ma, to ja manipuluję odbiorcą, na co chcę zwrócić jego uwagę. W pierwszym albumie odrzucałem zdjęcia, które zawierały twarz. W drugim albumie pomyślałem sobie, że ortodoksja jest dobra w krajach jakby mniej cywilizowanych i dawałem tam zdjęcia z twarzą, ale takie kiedy czułem, że ta twarz uzupełnia akt. Nie jest na tyle ważna i nie przeszkadza. Kiedy robimy akt wspólnie z modelką, ona dla siebie ma całą masę zdjęć, które zawierają twarz. Ja niekoniecznie chcę wybrać takie zdjęcie, ale nie trzymam się sztywno zasady, by tej twarzy unikać.
Nie sądzi Pan, że robiąc w ten sposób zdjęcia – powiem dość patetycznie – pozbawia się kobietę człowieczeństwa? Kiedy widzimy oczy modelki, kiedy ona na nas patrzy lub patrzy gdzieś w dal, ale widzimy gdzie ten wzrok biegnie, to widzimy człowieka. Widzimy na jej twarzy emocje lub ich brak, jest jakaś interakcja. Nie szuka Pan tego?
Hmm…
Ciekaw jestem, czy jest to dla Pana istotne, czy ten wymiar o jakim mówię można zupełnie pominąć?
To chyba raczej o to chodzi… Ten rodzaj myślenia o człowieku, o humanitarnej stronie, intelektualnej stronie fotografii jest mi obcy. Ja skończyłem uczelnie o charakterze fizycznym. Nasze studia polegały na tym, że pracowaliśmy manualnie. Staram się nie dorabiać filozofii do rzeczy, których nie ma. W fotografii aktu ważne jest dla mnie bawienie się ze światłocieniem, który buduje kształt i formę dla ciała. Albo je czyni bardziej tajemniczym, albo je odważniej modeluje. Ale to jest tylko to. Staram się nie dorabiać żadnej filozofii, żadnej zmysłowości. Bo jej tam też nie ma. Faceci, którzy oglądają moje zdjęcia mówią mi: „Wacek, na tych twoich zdjęciach to przecież guzik widać”. Dziewczynom podoba się właśnie taki rodzaj niedomówień, które tam znajdują. Intelektualista nie znajdzie powodów do pisania peanów na temat konkretnej osoby, bo jej jakby nie jest w stanie zidentyfikować. Nie bawi mnie w tej fotografii ani forma reportażowa, ani forma która niestety jest częsta we współczesnej fotografii aktu, czyli forma naturalizmu czy wręcz ośmieszania osoby, którą się fotografuje. Chociaż jest osoba, która połączyła te dwie rzeczy na raz i jest dla mnie geniuszem. To jest Saudek, którego strasznie cenię za jego lekkość tego co robi. Świadomie porusza się o obrębie kiczu, ale robi to w sposób tak słodki…
Ale Saudek to emocje. Saudek przede wszystkim opowiada o sobie.
Ale po prostu podoba mi się to, co robi. W żadnym wypadku nie przyszło mi do głowy, żeby go kopiować czy brać z niego jakieś cytaty, ale nie przeszkadza mi to, że jest u mnie w pierwszej trójce ulubionych fotografów.
Kto jest drugi i trzeci?
Drugim, a właściwie może nawet pierwszym jest fotograf, którego bardziej cenię za jego malarstwo. Myślę o Beksińskim. Mieliśmy tego samego wydawcę, kiedyś spotkaliśmy się i ja mu mówiłem, że jest dla mnie najlepszym oszustem, jakiego znam. Oszustem przestrzeni. Zawód plastyka polega na oszukiwaniu oczu. I on robił to w sposób doskonały. Jak ogląda się jego obrazy… Nikt tak nie potrafił zakłamywać przestrzeni jak on. Zakłamywać tych wszystkich kanonów które się nam wbija do głowy, jeżeli chodzi o zasady pokazywania perspektywy powietrznej, używania koloru, on to wszystko rozwalał, a dostawał takie przestrzenie jak nikt inny. A trzeciego? To miejsce ma chyba wakat. Powiedziałem „w trójce”, ale nie przychodzi mi teraz nikt do głowy. Chociaż chyba skłamałbym, zapomniałem o swoich zachwytach nad fotografiami Ansela Adamsa. To przez niego mam Linhofa. Tak, to jest właśnie ten człowiek. To jeszcze inny warsztat niż oni wszyscy.
Czy podziela pan powszechnie panującą opinię, że akt to najtrudniejsza dziedzina fotografii?
Z takim stwierdzeniem spotkałem się już w Liceum Plastycznym. Jeden z belfrów mówił, że trzeba przyjąć jako pewnik, że ze stu fotografii wybiera się tylko jedną. Mnie to przerażało. Dudniło to we mnie, do tego stopnia, że jak zaczynałem już robić sesję aktu ukierunkowaną na album, dość poważną wystawę, wtedy kupowałem kartonami filmy wiedząc o tym, że mniej więcej po zgrzewce przypadnie na modelkę. Fotografia cyfrowa strasznie mi w tym pomogła. Z dwóch powodów. Finansowych, bo odciążyła mnie od nieprawdopodobnych wydatków, które wtedy musiały temu towarzyszyć, no i od strony psychologicznej. Dlatego, że niejeden raz dziewczyny które pozowały, nie wiedziały po prostu, co ja od nich chcę. A rysowanie tego, pokazywanie, że tu będzie światło, tu będzie cień, w sytuacjach gdzie były pozy takie, po których można było mieć „strzała w twarz” mówiąc najprościej, mijało się z celem. Postanowiłem kupić cyfrówkę. Pamiętam pierwszą sesję z obcym mi totalnie aparatem cyfrowym, w połowie robiłem tą dziewczynę analogowo, w połowie cyfrowo. Natomiast później, jak zacząłem już wdrażać się w fotografię cyfrową, to w tej chwili nie jest dla mnie do wyobrażenia robienie aktu bez cyfry. Robię czasami Linhofem, ale to jest poprzedzone jakby szkicami robionymi cyfrą. Albo wręcz odkładam analogową fotografię, bo mi się po prostu już nie chce.
4×5 cala?
Tak.
I potem skany? Bo powiększalnik 4×5 cala tu się raczej nie zmieści…
Tak.
Czyli i tak sprowadza się to do pikseli.
Ktoś, kto nigdy nie był w ciemni, może tęsknić do niej na zasadzie dziadkowych opowieści o miejscu magii. Ja nie chciałbym wracać do ciemni, bo o wiele bardziej doskonała, jeśli chodzi o możliwości warsztatowe jest fotografia, którą obrabia się w komputerze. I nie mam tu na myśli czystego retuszu, tylko chodzi o stronę tonalną. To jest dla mnie niepodważalnym atutem jednego wobec drugiego.
A jakim Olympusem Pan teraz fotografuje?
Wciąż E1, ale także E-330 który ma tą fenomenalną zaletę, że ma ruchomy ekranik i w trudnych sytuacjach ratuje mi skórę. Ja jestem człowiekiem leniwym i nie zawsze chce mi się pracować w pozycji leżącej, czy lewitować gdzieś nad modelką. Wtedy po prostu podnoszę ręce, bądź opuszczam na dół.
Robi Pan odbitki czy wydruki?
Jedno i drugie. Ale na wystawy wydruki. Dlatego, że odbitka barytowa jest skomplikowana w procesie wytworzenia. Jest fajna dla ludzi, którzy chcą funkcjonować na rynku fotografii kolekcjonerskiej. Mnie bardziej interesuje wydruk, bo daje większe możliwości.
Sam robi Pan wydruki?
Robiłem sam, ale znalazłem bardzo dobrego fine printera, to jest Studio QbA, czyli Jakub Jewuła z Krakowa i on zwolnił mi głowę z myślenia nad tym, jak przenieść na płaskie medium obraz z monitora. Ja odpowiadam za wygenerowanie pliku, który później jest powiększany.
Wiem, że nie używa Pan błysku. Wciąż? Czy coś się zmieniło?
Kiedyś nie umiałem posługiwać się błyskiem. Myślałem, że to jest głupia lampa, która daje płaskie światło, ostre, kontrastowe, o małym zakresie użytecznej tonalności. No i pomyliłem się.
No nie jest to prawda…
Nie miałem dobrych wzorców, ani dobrych możliwości fotografowania błyskiem i jak zacząłem robić eksperymenty, to mnie to wciągnęło do tego stopnia, że już mnie nie interesuje nawet dzienne światło. W pracowni staram się odcinać od światła dziennego, które nie pozwala mi na to, co chcę osiągnąć. Zależy mi na wierności, logice światła. A tę wierność mogę uzyskać jedynie w warunkach studyjnych. W świetle dziennym tracę tę logikę. Mam zbyt dużo ekranów, nad którymi nie jestem w stanie zapanować.
No tak, w studiu wszystkiego pilnujemy, każde światło jest pod kontrolą.
Powiedział pan każde… Ja mam jedno źródło światła!
Każdy akt jest oświetlany tylko jedną lampą?
Tak. Zawsze. Zdziwiło mnie kiedyś, że na warsztaty, które robię zapisał się fotograf, który przyjechał ze swoim asystentem, który również funkcjonuje jako samodzielny fotograf i oni mają u siebie jedenaście lamp. Takich, jaką ja mam tutaj jedną. Ich natomiast dziwiło to, że można pracować tylko jedną lampą.
A jaką ma Pan lampę?
Hensel. Tysiączkę. Wcześniej pożyczałem Elfo.
I co na tej lampie? Softbox?
Tutaj by się nie zmieścił. Używam pleksi, bo dobrze rozprasza. Mam parasolkę, mam ten talerz Hensela taki duży.
Beauty Dish?
No chyba tak, nie pamiętam, jak to się nazywa. Mam ochotę za każdym razem robić jakieś modyfikacje i mimo, że tych środków jest niewiele, to wątpię, żeby każda sesja tutaj miała jakiś rodzaj identycznego oświetlenia. Wbrew pozorom ograniczenia zwielokrotniają nam możliwości, jeżeli wiemy, w którą stronę chcemy iść. I tak staram się bawić oświetlając modelkę zawsze z jednej strony, w sposób logiczny budując bryłę.
Wszystkim początkującym fotografom udowadnia Pan tym ciasnym miejscem i tą jedną lampą, że w fotografii liczy się najbardziej wyobraźnia, liczy się to co w głowie.
Pewnie mając więcej sprzętu można mieć o wiele większe możliwości. Natomiast w sztukach plastycznych jest taka prosta, żelazna zasada. Im więcej ograniczeń, tym większa kreatywność. A nie odwrotnie. To bieda wymusiła te ograniczenia. Nie stać mnie było na softboxy, a nawet gdybym je pożyczył, czy zapożyczył się i je kupił, to nie miałbym ich gdzie rozłożyć. Pewno można inaczej, na pewno można…
Ale okazuje się, że wcale nie trzeba robić tego inaczej. Chciałbym jeszcze zapytać o modelki. Na Pana zdjęciach widzimy dziewczyny bardzo różnej budowy ciała. Obojętne, czy fotografuje Pan dziewczynę która jest otyła, czy przeraźliwie chuda, czy też po prostu zgrabna, Pan wydaje się być nią tak samo zafascynowany i do tematu podchodzi Pan w podobny sposób.
Wie pan, gdyby przyjąć taki podział na trzy rodzaje budowy ciała, czyli standard dla którego szczytową formą jest wzorzec 90-60-90, to jest to rodzaj „samograja”. Bo jak się nie ustawi taka dziewczyna, to będzie korzystnie wyglądała. I to jest pułapka. Bo generuje się pozy, zestawy plam, którymi jest fotografia, których wszyscy widzieliśmy setki, tysiące. I gdyby przyjąć, że jest oś, to na jednym biegunie byłyby dziewczyny z ciągotką do anoreksji i ten biegun anorektyczny ma to do siebie, że ja się go boję. Bo bardzo łatwo jest wejść wtedy w fotografię, która jest wręcz przerażająca dla osoby, która ją ogląda. Ale jeśli ja się bawię ze światłem i bawi to tak samo modelkę i szukamy póz, które mogą wygenerować rzeczy, które będą w tej „szkieletowalności” na granicy dobrego smaku, to czemu nie… Ale zaznaczam, że sesji z anorektyczkami boję się najbardziej. Na szczęście miałem ich niewiele, chociaż jako wyzwanie bardzo sobie cenię, bo dużo mnie nauczyły. To jest całkiem inny świat, który się fotografuje i trzeba uważać na rafy. Drugi biegun jest dla mnie biegunem specjalnej troski. Uwielbiam fotografować puszyste modelki i widzę też jak dużo im dają sesje u mnie. Bardzo często puszysta dziewczyna, która staje nago do fotografii, przestaje być osobą, z której się wyśmiewano. Bo często ma kompleksy z powodu swojej tuszy, a u mnie widzi, że z niej można wygenerować takie rzeczy, które później wiesza się na ścianie i obnosi się z nimi jak z dziełami sztuki. A dowiedziałem się o tym z wywiadu radiowego, którego udzielała właśnie puszysta modelka i mówiła, czym dla niej była sesja tutaj. W jej rozumieniu to było jak terapia i coś co „przemeblowało” jej życie. Dla mnie to są kwiatki, komplementy, które są jakby bonusem z racji tej roboty. Przyszła do mnie kiedyś dziewczyna, która w trakcie pozowania opowiadała mi tyle rzeczy o mnie, o których gdzieś się dowiadywała, bo przygotowywała się do tego dosyć długo. Zdecydowała się przyjść do mnie po tym, jak poroniła ciążę. Powiedziała, że jako kobieta czuła się tak poharatana, że postanowiła odbudować swoją kobiecość sesją u mnie. Czy mogę dostać ładniejsze komplementy ze strony tych dziewczyn, które same mnie znajdują? Ile odwagi one muszą mieć, by zjawić się u obcego faceta i robić zdjęcia?
Cóż, kiedy fotograf słyszy coś takiego to serce rośnie. A czy myślał Pan kiedyś, by robić męski akt?
Nie. Czasem pytają mnie o to dziewczyny, czasem faceci. Mnie po prostu fascynuje ciało kobiece. Jego zakamarki, jego wypukłości, łuki, proporcje. Każda kobieta jest inaczej zbudowana, każda ma swoje atuty, które jeżeli się chce, to można fajnie wyeksponować. Ale żeby tak się stało, trzeba mieć do tego jakąś fascynację. A nie mam takiej fascynacji jeżeli chodzi o męskie ciało. Dla mnie facet jest ciosanym od siekiery prostakiem, a kobieta to uosobienie finezyjności, piękna, harmonii. Same superlatywy dla Naczelnego Inżyniera za to, co stworzył. Podejrzewam, że najlepszymi fotografami męskiego aktu byłyby kobiety. Albo homoseksualiści. Do tego trzeba mieć fascynację, której jak po prostu nie mam.
No tak, trudno sfotografować coś w piękny sposób, jeśli się ma do tego stosunek co najmniej obojętny. Będziemy kończyć, ale proszę jeszcze powiedzieć, dlaczego Pana fotografie w zasadzie nie są publikowane w tzw. magazynach dla kobiet czy dla mężczyzn?
Mam koleżankę w jednej z najbardziej poczytnych gazet w Polsce. Rozmawiałem kiedyś z nią o patronacie medialnym, pokazałem portfolio do pierwszego albumu. Usłyszałem prostą odpowiedź: „Wacek – te fotografie u nas nie przejdą.” Pytam dlaczego? „Za dużo w nich niedopowiedzeń”. Tam musi być kawa na ławę. Z taką ilością modelek, z jaką ja miałem tu do czynienia, to gdyby mi przyszło robić ten rodzaj fotografii typu „świerszczykowego”, to ja bym sobie świetnie radził. Ale tam jest potrzebny rodzaj fotografii inwentaryzacyjnej, bo i inne są założenia, jest inny odbiorca. Ja akurat celuję w innego odbiorcę i w inny rodzaj przeznaczenia tych fotografii. Stąd dla mnie ważniejsze są muzea i galerie niż kluby, kawiarnie czy podrzędne miejsca, gdzie pokazuje się teraz fotografie.
Ale tak sobie teraz myślę, że w eleganckim lokalu Pańskie fotografie mogłyby zaistnieć i mogłyby stanowić ciekawą aranżację. Mylę się?
Jeżeli taki zamysł miałby architekt wnętrz – to pewno tak, ale nigdy nie było moją ambicją by w takich miejscach organizować wystawę. Dla mnie robienie wystawy z fotografii aktu musi też nadać rangę dla kobiecej nagości. Ktoś wrzucił mnie do encyklopedii jako specjalistę od kobiecej nagości. Może to jest konsekwencja tego, że trzymałem się zawsze zasady, by nie dewaluować nagości pokazując ją byle gdzie i byle jak. Tylko żeby robiąc wystawy, przywrócić nagość kobiecą do rangi dzieła sztuki. A nie dla golizny, seksualności, erotyki.
I to zdanie świetnie odzwierciedla Pana pracę. Bardzo dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał: Mariusz Gross

05.12.2006 10:51
Na pewnej konferencji prasowej miała miejsce zabawna sytuacja – prowadzący, po prezenacji sprzętu, zapowiedział krótką sesję zdjęć rozebranej modeli wykonywanych właśie przez bohatera powyższego wywiadu. Wskazał na drzwi z boku sali i tajemniczym głosem wyznał: Za chwilę zza tych drzwi wyjdzie modelka z Wackiem. Ponieważ w języku mówionym trudno wypowiedzieć coś z wielkiej litery, ludzie ze śmiechu pospadali z krzeseł