Home  O fotalu  Kontakt  Mapa portalu  RSS 

Andreas Gursky

Artyści, 2006-03-20 14:13

Fotograf, który widzi więcej, szerzej, inaczej. Wychowanek Hilli i Bernda Becherów, który z otaczających każdego pejzaży potrafi stworzyć obrazy całkowicie abstrakcyjne i zagadkowe.

Pracownia Hilli i Bernda Becherów na Akademii Sztuk Pięknych (Kunstakademie) w Düsseldorfie przeszła już do historii fotografii. Jest to jeden z niewielu w dziejach tego medium przypadków (w innych dziedzinach sztuki układ "Mistrz+gromada jego wychowanków" są powszechne) tak silnego powiązania dwójki starszych twórców z grupą studentów, którzy przejęli i zastosowali na swój sposób nauki i sposób widzenia nauczycieli.
Becherowie znani są jako wyznawcy fotografii "obiektywnej", chłodnej, wręcz beznamiętnej rejestracji rzeczywistości, na obrazowanie której autor, fotograf nie powinien mieć żadnego wpływu. Ich najbardziej znany, łatwo rozpoznawalny dorobek – to cykle dokumentujące obiekty poprzemysłowe na terenie Niemiec (i nie tylko w tym kraju). Silosy, wieże ciśnień, rozmaite ogromne zbiorniki, fotografowane zawsze kamerą wielkoformatową (taki aparat niweluje wszelkie zniekształcenia obrazu, których nie da się uniknąć w "małym obrazku"), czarno-białe, pozbawione kontekstu, opowieści, anegdoty. To bardzo specyficzny, i niezwykle konsekwentnie tworzony dokument.

Takiego samego spojrzenia na fotografię uczyło małżeństwo Becherów swoich studentów. I, jak już zostało powiedziane, to jedyna pracownia fotograficzna, która wypuściła liczną i bardzo silnie ukształtowaną estetycznie grupę twórców. Większość z nich jest obecnie w czołówce światowych fotografów, są znani, ich prace świetnie się sprzedają (czytaj o tym w podsumowaniu roku serwisu ArtFacts.net ).

Jedno z czołowych miejsc na tej liście zajmuje Andreas Gursky.
Urodził się w 1955 roku w Lipsku i teoretycznie od początku życia powinie był wiedzieć, że zostanie fotografem. Jego rodzice posiadali bowiem zakład fotograficzny, najpierw w Essen, potem w Düsseldorfie, do którego przeprowadzili się w 1958 roku. Zajmowali się fotografią komercyjną, czysto użytkową, ale zleceń mieli sporo i mały Andreas dorastał w świecie klisz i odczynników.
Jednak, czy to z buntu, czy z nieodnalezionej wciąż pasji, rozpoczął studia na Uniwersytecie w Essen. W czasie studiów pracował jako taksówkarz.
Dopiero w 1981 roku postanowił, że może jednak warto zająć się fotografią. Początkowo szukał po prostu pracy jako fotoreporter, gdy to się nie udało – postanowił zdawać na Akademię w Düsseldorfie.
I od tej chwili wszystko potoczyło się już bardzo szybko.
Andreas dostał się do pracowni Becherów i dość szybko odnalazł swój sposób wyrazu.
Inaczej niż nauczyciele, miłośnicy czerni i bieli, Gursky natychmiast po rozpoczęciu studiów zorganizował sobie ciemnię kolorową i już tylko w tej technice pracował.

Pierwsza indywidualna wystawa odbyła się w 1987 roku na lotnisku w Düsseldorfie. I nie ma wątpliwości, że miejsce to wybrano nieprzypadkowo. Od początku bowiem Gursky zafascynowany był wielkimi przestrzeniami, w których egzystuje człowiek. Ogromne poczekalnie, halle, korytarze, a w kilka lat później i supermarkety, sale teatralne czy wystawowe, Andreas wyszukuje i dokumentuje wnętrza i przestrzenie znane każdemu, a z których wielkości często nie zdajemy sobie sprawy.
Zdjęcia zaprezentowane na lotnisku – był to tworzony od 1981 do 1985 roku zbiór stanowisk recepcyjnych w wielkich biurowcach. Fotografie chłodne, pozbawione uczuć czy odautorskiego komentarza, były po prostu zapisem wyglądu biurek czy blatów, recepcji znajdujących się w każdym budynku biurowym na świecie.

I tak już zostało – do dziś Gursky fotografuje fasady, korytarze, wnętrza teatrów czy muzeów, biblioteki, lotniska. Im większe wnętrze, im bardziej ginie w nim człowiek, im bardziej anonimowa to przestrzeń – tym lepiej. Inspirują go też przestrzenie na zewnątrz – pola, pastwiska, boiska, miejsca zaanektowane przez człowieka, w jakimś stopniu przez niego przekształcone.
Zwrócić należy też uwagę na sposób, w jaki Gursky na wybrane miejsca patrzy. Bo widzi je jakby "szerzej" niż przypadkowy widz. Te "industrialne pejzaże" są fotografowane z dużego oddalenia, obejmują widok bardzo szeroko, co daje w efekcie kompletne zaburzenie proporcji fotografowanego obiektu. W takim ujęciu giną również ludzie. Nawet jeśli pojawiają się – czy to pojedynczo, czy jako skłębiony tłum – są tylko sztafażem, drobnymi punkcikami, w najlepszym wypadku elementami wzbogacającymi zimną przestrzeń.
Takie pozbawienie widza jakichkolwiek rozpoznawalnych punktów odniesienia pozwala uzyskać efekt abstrakcji – wnętrza na zdjęciach Gursky’ego przestajemy widzieć jako "salę koncertową", "boisko", "fasadę znanego budynku", zaczynamy je widzieć jako układy linii i form, ciekawe, zagadkowe, ale rzadko kiedy od razu kojarzące się z rzeczywistymi obiektami. 

Jeszcze jedną "sztuczką", którą stosuje artysta by wzmocnić przekaz swoich obrazów jest technika i format. Wielkoformatowa kamera pozwala fotografować bez żadnych deformacji obrazu, tworzyć zdjęcia obejmujące bardzo szerokie plany, unikając jednak zakrzywień linii horyzontu.
Zdjęcia Gursky’ego powiększane są też zawsze do ogromnych rozmiarów. 2,5 metra – to przeciętna wielkość boku jego wystawowej odbitki (w latach 90. był znany jako fotograf używający papierów w największym dostępnym na świecie formacie). Wykonywane są zawsze w technice C-print’u, która pozwala uzyskać duże bogactwo i intensywność kolorów. Od połowy lat 90. Gursky obrabia również negatywy cyfrowo, oczyszcza je ze zbędnych elementów, ale także tworzy panoramy, "sklejane" z kilku zdjęć, wykonanych poprzez przesuwanie aparatu po każdym naciśnięciu migawki.

Jak wszyscy wychowankowie Hilli i Bernda Becherów, i Andreas Gursky przejął sporo od swoich mistrzów – chłód spojrzenia, dystans do fotografowanych obiektów, niechęć do ludzi jako modeli (choć tu akurat niektórzy uczniowie się wyłamali), konsekwencję w działaniu. Ale też stworzył zupełnie własny sposób widzenia, łatwo rozpoznawalny, fascynujący i przede wszystkim bardzo zyskujący przy bezpośrednim kontakcie.

O Hilli i Bendzie Becher czytaj w środę, 29 marca, w dziale Klasyka.

Anna Cymer

Skomentuj